Jeszcze przed rokiem absolwenci amerykańskich uczelni technicznych nie śpieszyli się z podjęciem decyzji o wyborze pracy. Otrzymywali bardzo dobre oferty, a mimo wszystko zwlekali, licząc na jeszcze lepsze. W tym roku każdy decyduje się na pierwszą i często jedyną ofertę.
Edyta PopiołekWiększość firm szuka obecnie osób z doświadczeniem, gdyż w czasach spowolnienia gospodarczego nie chce się narażać na dodatkowe koszty dokształcania pracownika. Wiele firm zrezygnowało z owocnej współpracy z uniwersytetami, gdyż nie mają ofert pracy dla absolwentów. Zmienił się również poziom proponowanych wynagrodzeń. Jeszcze przed rokiem absolwenci uczelni technicznej mogli spodziewać się na początek co najmniej 40-50 tys. USD rocznie z opcją na szybki awans i podwyżkę. W tym roku szanse na podwyżkę i awans znacznie spadły.
Co gorsza nawet osoby, które otrzymały propozycję pracy, wcale nie są pewne swego. Może się niestety okazać, że wkrótce po ich zatrudnieniu firma zdecyduje się na przeprowadzenie koniecznej restrukturyzacji i redukcję etatów. W takim przypadku na pierwszy front zwolnień idą właśnie świeżo zatrudnieni absolwenci. Sytuacja taka jest dodatkowo frustrująca z tego powodu, iż - otrzymując pewną propozycję - kandydaci decydują się na przeprowadzenie do innego miasta czy stanu, wynajęcie mieszkania itp.
Jest to kalkulacja zakładająca, że przy określonych dochodach można pozwolić sobie na pewne wydatki. Tymczasem po krótkim okresie zatrudnienia okazuje się, że co prawda jest szansa na utrzymanie posady, ale za cenę rezygnacji z części zarobków, gdyż firma wprowadza właśnie konieczny system oszczędności wydatków i cięcia kosztów. Dlatego niektórzy decydują się na pozostanie na uczelni i kontynuowanie nauki np. na studiach podyplomowych. Taki pomysł na przeczekanie recesji zawiera też nadzieję, iż jeżeli nawet warunki się nie poprawią, to z lepszym wykształceniem ma się na rynku większe szanse na lepszą pracę.