Mali i duzi, młodzi i starzyTypowy uczestnik spotkań grupy monachijskiej ma ok. 30 lat. Pochodzi z miasta średniej wielkości (Koszalin, Bielsko-Biała, Częstochowa, Kozienice, Ożarów). Ma za sobą kilka lat kariery zawodowej w kraju. Zazwyczaj od pewnego czasu rozważał pomysł wyjazdu chociażby do USA, gdy w sukurs przyszła mu decyzja kanclerza Schroedera.
Oczywiście zdarzają się wyjątki. Michał Gajda miał dość dobrą pracę w Gliwicach, a jego żona była na IV roku architektury i nie myślał ani przez chwilę o wyjeździe. Do Niemiec zaprosił go na Oktoberfest wraz z dwoma kolegami ich wspólny przyjaciel. Przy tej okazji postanowili pójść na kilka rozmów kwalifikacyjnych i jak się okazało słusznie.
"Potem przez kilka miesięcy zastanawiałem się czy warto skorzystać z tej oferty" - opowiada. Rafał Markut wyjechał zaraz po ukończeniu studiów na Politechnice Koszalińskiej.
"Wszyscy wiemy jak wygląda sytuacja w tym regionie" - mówi. Pracę znalazł bez większych problemów, a gdy jego firma upadła, nie miał kłopotów ze znalezieniem nowej. Ireneusz Woszczyna, elektronik, jest już po czterdziestce. W Polsce miał własną firmę zajmującą się projektowaniem układów elektronicznych, jednak - jak sam mówił -zarabiał tylko na ZUS.
"W moim wieku ludzie w Polsce szukają ciepłej posadki, zresztą tu też ludzie patrzą z podziwem, że w tym wieku wciąż zajmuje się nowinkami technologicznymi" - mówi Ireneusz Woszczyna. -
"Nie miałem jednak żadnych problemów ze znalezieniem pracy, ba - zmieniłem ją już dwa razy".
Reszta również przyznaje, że jednym z powodów wyjazdu był brak atrakcyjnych perspektyw.
"Od 8 lat zajmuję się administracją sieciami i jeśli chciałbym się dalej rozwijać, musiałbym zdecydować się na stanowisko menedżerskie, a to akurat mnie nie interesuje" - twierdzi Sławomir Sikorski, pracujący jako inżynier systemowy w niemieckim oddziale Microsoftu. Jak sami mówią, nie chodziło tu jedynie o perspektywy finansowe. Zdawali sobie sprawę, że przy odrobinie szczęścia mogliby podobne pieniądze zarabiać np. w stolicy. Chcieli jednak zdobyć nowe doświadczenia i sprawdzić się w bardziej wymagającym otoczeniu. Pośrednio potwierdza to Thomas Ochmann.
"Na wyjazd do Niemiec zdecydowali się najaktywniejsi. To nie są ludzie, którzy stali pod ścianą, a raczej ci, którzy chcieli spróbować czegoś nowego" - mówi.
Wreszcie spokójNa miejscu czekało na nich kilka zaskoczeń. Nie mieli żadnego problemu ze znalezieniem pracy.
"Miałem pewne obawy, ponieważ Polska mocno odstaje od świata pod względem technologii stosowanych w elektronice, a jednak znalazłem pracę praktycznie bez problemów" - twierdzi Ireneusz Woszczyna. Co więcej, nie mieli również problemów z jej zmianą.
Na pewno wynika to po części z charakteru Monachium, które jest jednym z centrów gospodarczych Niemiec. Może jednak świadczyć o dobrym mniemaniu, jakie o polskich informatykach mają zagraniczni pracodawcy.
"W Niemczech ludzie są mocno ograniczeni do swojej dziedziny. Kończą studia i wiedzą, że będą się zajmować rozwijaniem takiej, a nie innej technologii. Trochę brakuje tu takich maniaków, którzy pracowaliby z taka pasją, i to pewnie przemawia na naszą korzyść" - mówi Krzysztof Ingram. Ta pasja przynajmniej po części wynika z doświadczeń wyniesionych z Polski.
"W mojej poprzedniej firmie mieliśmy praktycznie nienormowany czas pracy. Czasem przychodził szef i mówił, że ten moduł ma być gotowy za 2 tygodnie. I nie miało znaczenia to, że potem będziemy to poprawiać przez pół roku" - mówił Michał Gajda. -
"Tutaj wszystko odbywa się znacznie spokojniej. Jest więcej zebrań, na których omawia się szczegóły projektu". Potwierdza to Rafał Markut.
"Tu właściwie nie ma czegoś takiego jak nienormowany czas pracy. Niemcy przychodzą do pracy o 10.00 i punktualnie o godz. 18.00 zostawiają klawiatury. Jak kiedyś zostałem dłużej, to podszedł do mnie kolega z firmy i powiedział, że firma nie płaci za nadgodziny" - opowiada.
Wbrew obawom przyjeżdżających także atmosfera w firmach okazała się bardzo przychylna. Nie ma mowy o żadnej izolacji czy ostracyzmie względem pracowników z zagranicy. Byłoby to zresztą trudne, gdyż w niektórych firmach cudzoziemcy stanowią nawet do 50% personelu. To sprawia, że "językiem urzędowym" zwłaszcza w dużych firmach stał się angielski i nikt nie wymaga od informatyków znajomości niemieckiego. Trochę inaczej przedstawia się sprawa w mniejszych firmach, a także w konsultingu, gdzie warunki pracy wymagają umiejętności dobrego porozumiewania się z klientem. Jednak większość informatyków, mimo nieznajomości niemieckiego, radzi sobie świetnie.
<<< 1 2 3 >>>